Hollywood kontra Śląsk: Mój filmowy bilans półrocza
Co jakiś czas widzę w sieci trendy związane z nowymi serialami, wyskakują mi memy, o których wszyscy mówią… a ja kompletnie nie mam do nich odniesienia. Po prostu nic nowego nie oglądam. Moje wieczory wyglądają zazwyczaj tak, że albo zasypiam razem z synem, albo włączam „Świętą Wojnę” w tle – kiedy szyję wieczorami albo w dzień, gdy gotuję.
Jeśli miałabym podsumować mój tegoroczny kinowy bilans, to złożył się na niego zaledwie jeden, obejrzany w całości gdzieś w okolicach lutego film – „Velvet Buzzsaw”. Choć sam pomysł wydał mi się całkiem niezły, to ostatecznie produkcja okazała się po prostu nudna i zupełnie mnie nie porwała. Najbardziej urzekły mnie jednak okoliczności tego seansu. Zapytana przez męża, na co miałabym ochotę, zaznaczyłam wyraźnie, że w grę wchodzi cokolwiek, byle bez motywu zombie, a najlepiej jakaś lekka komedia romantyczna. W odpowiedzi otrzymałam dreszczowiec o mordujących obrazach.
A przecież pamiętam czasy, kiedy oglądałam mnóstwo filmów. Znałam wszystkie części Bonda, uwielbiałam kino hiszpańskie, zaliczyłam kilka kultowych horrorów (choć nigdy sama). Bardzo lubiłam też filmy czarno-białe, które miały w sobie niezwykłą magię. Szczególnie zapamiętałam trzy z nich: „Spotkanie” z 1945 roku – przepiękny, subtelny i niezwykle dojrzały melodramat o przypadkowej miłości; „Sklep za rogiem” z 1940 roku, czyli uroczą, przedwojenną komedię romantyczną pełną ciepła i humoru, oraz „To wspaniałe życie” z 1946 roku – absolutnie poruszający klasyk o tym, jak wielką wartość ma życie każdego z nas.
I w sumie teraz, jak o tym wszystkim wspominam, to z wielką chęcią wróciłabym do tamtego starego kina. Miało ono w sobie zupełnie inną wrażliwość i niespieszny klimat, którego tak bardzo brakuje we współczesnych produkcjach. Zresztą, dokładnie tak samo jest teraz z bajkami dla dzieci… ale to już temat na zupełnie inną opowieść.
Na razie wracam więc do mojego sprawdzonego, bezpiecznego zestawu, czyli śląskiego psychopaty przodowego i jego perypetii. Może wybiorę akurat odcinek „Wojna z Estonią”, w którym niewinne kłamstwo o rzekomym konflikcie staje się dla głównego bohatera wygodną wymówką, by uciec do szynku u Alojza na piwo. Oczywiście plotka natychmiast zaczyna żyć własnym życiem, a listonosz z pełną powagą stwierdza, że to wszystko przez nasze dołączenie do NATO. Równie dobrze mój wybór może paść na „Hanys pizzę” – odcinek, w którym Bercik nagle postanawia zostać rodowitym Włochem i otwiera własną pizzerię, oferując klientom niemal każdy możliwy przepis, poza tym z owocami morza, ponieważ według jego logiki w morzu nie ma żadnych owoców.
Odpalam więc ten specyficzny miks humoru, parzę ciepłą herbatę i po prostu odpoczywam.