Gotowanie „na oko”, czyli o małej kreatywności w kuchni
Zawsze wydawało mi się, że nigdy nie będę tą osobą, która gotuje całkowicie bez precyzyjnej miarki w ręku. Albo że dojście do tego zajmie mi długie lata. Moja mama i babcia od zawsze miały ten dar – babcia potrafiła upiec skomplikowane ciasto zupełnie z pamięci i zawsze wychodziło idealne. Ja, o ile w tradycyjnym pieczeniu ciast wolę trzymać się gramatury (bo tam chemia nie wybacza błędów), o tyle w codziennym gotowaniu rzadko kiedy potrafię trzymać się przepisu w stu procentach. Przepis to dla mnie raczej inspiracja, a nie sztywna instrukcja. Ale zawsze mam go jako bazę.
Kiedyś nawet lekko się obraziłam, gdy przygotowując kolejny obiad, usłyszałam od cioci: „Ty zawsze wszystko według przepisu robisz? Ja nigdy”. Poczułam się wtedy, jakby ktoś mi powiedział, że nie umiem gotować. A potem pomyślałam, że przecież ona głównie robi w kółko te same potrawy: pierogi, gołąbki, placki ziemniaczane, kotlety schabowe i podstawowe zupy. Ja po prostu lubię próbować nowych rzeczy.
Prawdziwy test mojej kuchennej intuicji przyszedł jednak wraz z nową codziennością.
Ze względu na alergie mojego synka (który nie może jeść jajek ani mleka) zaczęłam bardziej kombinować. Nigdy nawet nie przypuszczałam, że będę szukać wegańskich przepisów i odpowiedników zwykłych potraw, takich jak naleśniki, babeczki czy ciasta. Przy okazji moja mama też się przekonała, że do ciasta na pierogi wcale nie trzeba dodawać jajka – a zawsze dodawała. Nie potrzeba go też do kotletów mielonych czy placków ziemniaczanych. Mięso oczywiście jemy, ale łatwiej jest znaleźć przepisy bez jajek i mleka, używając słowa „wegański” jako klucza w wyszukiwarce.
A propos wegańskich dań – pamiętam, jak na studiach zawsze w środy chodziliśmy grupą do pewnej restauracji. Zamawialiśmy pizzę wegańską, a jako dodatkowe składniki dobieraliśmy… kurczaka i boczek. Wychodziło taniej niż standardowa pizza z kurczakiem, a do tego mieliśmy o wiele więcej warzyw. Typowo studencka zagrywka!
Wracając do przepisów: w końcu znalazłam ten na wegańskie gofry. Okazało się, że to dobra i uniwersalna baza, bo z tego samego ciasta wychodzą też puszyste placuszki. Pierwsze kilka razy zerkałam do przepisu, ale robiłam je na tyle często, że teraz nie potrzebuję już żadnej ściągi.
Prawdziwy przełom nastąpił jednak pewnego poranka. Suche składniki były już wymieszane w misce, gdy zorientowałam się, że w lodówce skończył się napój owsiany. Zamiast rezygnować, postanowiłam zaryzykować i chwycić to, co miałam pod ręką: owocowy mus w tubce (jabłkowy lub morelowy) oraz mocno dojrzałego, rozgniecionego banana. Wymieszałam wszystko i… placuszki wyszły pyszne!
Od tamtej pory banan na stałe zagościł w przepisie na placuszki (gofry dla bezpieczeństwa zostawiłam bez zmian), a ja z zaskoczeniem odkryłam, że coraz bliżej mi do tego mitycznego, babcinego luzu. Ta drobna wpadka z brakiem napoju owsianego przypomniała mi, że kuchnia to przede wszystkim przestrzeń na intuicję i małą kreatywność.
Dla tych z Was, którzy też szukają bezpiecznych, bezmlecznych i bezjajecznych rozwiązań, zostawiam tę historię jako inspirację. Nie bójcie się zamienników – najlepsze smaki wychodzą czasem z czystego przypadku!
A jak to jest u Was? Trzymacie się przepisów krok po kroku, czy, poza pieczeniem, ponosi Was w kuchni własna intuicja?